Hinz: sesje w Rogoźnie nie przebiegają w cywilizowany sposób | ROGOŹNO. O kontrowersyjnych zachowaniach radnych miejskich i braku kontroli przewodniczącego nad tym, co się dzieje podczas sesji, pisaliśmy już wielokrotnie. Styczniowa sesja była jednak inna - sprawnie przeprowadzona, z rzeczową dyskusją i wypowiedziami nie łamiącymi zasad kultury. O chaosie panującym dotąd podczas obrad rady krytycznie wypowiedział się jej były przewodniczący Zdzisław Hinz. Krytykę ujął w formie pytania skierowanego do przewodniczącego Romana Szuberskiego: jakie działania pragnie pan podjąć, w celu polepszenia sprawności rady, a w szczególności przestrzegania obowiązującego prawa? Od dłuższego już czasu obserwuję pojawiające się zjawisko jawnego lekceważenia zapisów zawartych w regulaminie rady miejskiej, co nie ma właściwie nic wspólnego z właściwie rozumianą demokracją. To pan odpowiedzialny jest za to, aby wszystkie działania rady miejskiej były zgodne z obowiązującym prawem. Okazuję się, że rzeczywistość daleko odbiega od tego, czego powinno się oczekiwać od dobrze zaplanowanego i przygotowanego scenariusza obrad. Podczas sesji nie zawsze jest przestrzegana właściwa merytoryka dyskusji, a zdarzają się przypadki, że nie przebiega ona w cywilizowany i kulturalny sposób. Najbardziej jednak bulwersujący jest fakt, ze takie dokumenty, jak projekty uchwał, wprowadzone są do obrządku obrad w ostatniej chwili i bez żadnego uzasadnienia. Mam więc prawo uważać, że odwołanie z funkcji wiceprzewodniczącego Andrzeja Olenderskiego oraz przegłosowanie pięciu uchwał do zmian w budżecie na 2009 rok, zostało dokonane z naruszeniem prawa. Roman Szuberski w odpowiedzi przeczytał tylko wcześniej przygotowaną wypowiedź, dotyczącą terminów w których odbywa się sesja. Sesje odbywają się o godzinie szesnastej i jest to ustalone przy woli większości. Pragnę panna zapewnić, że wola większości będzie respektowana. Hinz był zaskoczony taką odpowiedzią, dlatego poprosił o przedstawienie przez Szuberskiego rzeczowego stanowiska w poruszonej sprawie na następnej sesji rady miejskiej. |
|
 | | OBORNIKI TV |
Podczas gdy reprezentacja Polski rozgrywała swoje spotkania, Lech Poznań rozegrał sparringowy mecz z Wełną Rogoźno. Największą gwiazdą był Bartosz Bosacki. Nie wszedł on jednak na boisko, ale rozdawał autografy i robił zdjęcia ze swoimi fanami. Wynik 11:1 dla Lecha.
 | | NUMER 628 - TEMATY |
 | | W NAJNOWSZYM NUMERZE |
◊
Bogdan i wujek w jednym stali domu. Bogdan po prawej, a wujek po lewej.
Mieszkanie Bogdana W. dzieliła od mieszkania jego wuja zaledwie szerokość korytarza. Obaj krewni mieszkali w pałacu w Gołaszynie, a wygód tam nie było. Tak naprawdę ich lokale były tylko dawnymi pokojami podupadłego gmaszyska.
Bliskość wuja była 36-letniemu Bogdanowi bardzo na rękę, bo nie lubił spędzać czasu ze swą starą, schorowaną matką. Co innego gościna u wuja. Tam zawsze było coś do wypicia, zaś obaj należeli do wyjątkowych amatorów różnorakich nalewek babuni i win owocowo-siarkowych.
◊
Nie inaczej było 23 sierpnia. Pili od dłuższego czasu. Jak długiego, nie udało nam się ostatecznie dowiedzieć, bo szczęśliwi ponoć godzin nie liczą. Wuj siedział plecami do okna, a Boguś na wprost, patrząc raz na wuja, raz na zbierające się za oknem chmury.
Tu trzeba dodać, że pan Bogdan pijał zdecydowanie "na smutno". Pogarszająca się pogoda potrafiła tak bardzo go dosmucić, że aż mu się żyć odechciewało. Rok temu, tak mniej więcej o tej samej porze, patrząc w niebo wpakował sobie w pijanym zwidzie w brzuch nóż kuchenny, aż po samą rękojeść. Mężczyzna wyzdrowiał, lecz humor mu się nie poprawił.
◊
W podobnie pieskim nastroju pił też i tym razem. - Niedługo będzie znów zima, trzeba będzie palić w piecu, jakiś węgiel zamiast nalewki trzeba będzie kupić... - wymieniał powoli wuj, a panu Bogusiowi znów żyć się odechciewało.
Podczas, gdy wuj kontynuował listę niedogodności, jaki niesie za sobą zmiana pory roku, Bogdan W. podszedł do okna i wypatrzywszy tam solidny hak do wieszania karnisza, zawiązał na nim swój pasek od spodni, zrobił w nim pętlę i wsadził w nią głowę.
Wuj kontynuował rozmowę popijając, a Boguś, obsunąwszy się w dół z krzesła, zawisł na tym pasku.
Wuj mówił i mówił. Czasem nasłuchiwał, czy aby Boguś czegoś nie wtrąca, ale nie słysząc jego słów lub sądząc, że coś tam słyszy, mówił dalej.
◊
Rozmawiał tak z wiszącym Bogusiem przez całe dwa dni. Przysypiał nieco, nalewał i gadał dalej.
Wreszcie zaniepokojony brakiem odpowiedzi odwrócił się wreszcie ku oknu i zobaczył wiszącego Bogusia. Miał sino-zieloną twarz i z całą pewnością już nie żył.
Zerwał się tedy wuj, chwycił za nóż i wspiął z nim na krzesło. Odciął biedaka, którego bezwładne ciało upadło na podłogę, tłukąc przy tym szybę. Całkiem bezsensownie, jakby dla zatarcia śladów, obcięty pasek wyrzucił przez okno na podwórze i dopiero potem ruszył po pomoc.
Przybyli lekarz, policja i pani prokurator. Tą ostatnią zaintrygowała plama krwi na parapecie. Przez jakiś czas zastanawiała się nad udziałem wuja w śmierci pana Bogdana. Ostatecznie po przesłuchaniu ustalono, iż nie miał on ze śmiercią wiele wspólnego, jeśli zapomnieć o tym, że jej nie zapobiegł. On sam twierdził, że przez dugi czas tkwił w przekonaniu, że Boguś gdzieś tam trzeźwieje i bawił go rozmową. Nawet nie przypuszczał, że przez dwa dni mówił do nieboszczyka.
Niegdyś w pałacach mieszkali krzewiciele kultury narodowej. Dzisiaj nierzadko jest wręcz odwrotnie. Jak będzie w przyszłości? Tego pan Bogdan już się nie dowie. Pozostała po nim tylko marna pamięć i stara, schorowana matka.
|