Gorsi z Wiardunek i Ninina? | GMINA RYCZYWÓŁ. Temat trudnej komunikacji drogowej tej zimy zdaje się nie kończyć. Do naszej redakcji zadzwonili mieszkańcy ryczywolskich Boruchowa i Wiardunek z pytaniem, dlaczego są przez drogowców gorzej traktowani niż mieszkańcy Wełny, leżącej w gminie Rogoźno. Ich zdaniem droga powiatowa od Wełny do Ninina znacznie lepiej wygląda na teranie gminy Rogoźno, niż gminy Ryczywół.
Sprawdziliśmy to. Jeśli biegnąca przez Wełnę i okolice droga jest w znacznym stopniu pozbawiona lodu i śniegu, to już fragment od Boruchowa do Ninina wygląda fatalnie. Najgorzej jest na odcinku w samych Wiardunkach. Śliska jezdnia zwęża się miejscami do jednego pasa ruchu. Zakręty we wsi nie zostały posypane solą, ani piaskiem, tak samo jak okolice przejazdu kolejowego. Kto tam przyhamuje niechybnie stanie na torach, a czym to grozi, łatwo sobie wyobrazić.
Nie lepiej wygląda droga na skrzyżowaniu w Nininie. Tam także trzeba wyhamowywać na oblodzonej jezdni z duszą na ramieniu. Pytaliśmy odpowiedzialnego za ten stan rzeczy dyrektora dróg powiatowych Bogdana Jerana, czy posiada dostateczny zapas mieszanki piasku i soli drogowej. Oświadczył, że tak. Jednak pytanie - to dlaczego pan jej nie używa - wyraźnie go zdenerwowało.
Dyrektor Zarządy Dróg Powiatowych, jak i starosta obornicki, mieszkają w gminie Rogoźno, więc ona im bliższa. Czy jednak tak być powinno? Na to pytanie mieszkańcy gminy Ryczywół odpowiedź znają. |
|
 | | OBORNIKI TV |
Podczas gdy reprezentacja Polski rozgrywała swoje spotkania, Lech Poznań rozegrał sparringowy mecz z Wełną Rogoźno. Największą gwiazdą był Bartosz Bosacki. Nie wszedł on jednak na boisko, ale rozdawał autografy i robił zdjęcia ze swoimi fanami. Wynik 11:1 dla Lecha.
 | | NUMER 628 - TEMATY |
 | | W NAJNOWSZYM NUMERZE |
◊
Bogdan i wujek w jednym stali domu. Bogdan po prawej, a wujek po lewej.
Mieszkanie Bogdana W. dzieliła od mieszkania jego wuja zaledwie szerokość korytarza. Obaj krewni mieszkali w pałacu w Gołaszynie, a wygód tam nie było. Tak naprawdę ich lokale były tylko dawnymi pokojami podupadłego gmaszyska.
Bliskość wuja była 36-letniemu Bogdanowi bardzo na rękę, bo nie lubił spędzać czasu ze swą starą, schorowaną matką. Co innego gościna u wuja. Tam zawsze było coś do wypicia, zaś obaj należeli do wyjątkowych amatorów różnorakich nalewek babuni i win owocowo-siarkowych.
◊
Nie inaczej było 23 sierpnia. Pili od dłuższego czasu. Jak długiego, nie udało nam się ostatecznie dowiedzieć, bo szczęśliwi ponoć godzin nie liczą. Wuj siedział plecami do okna, a Boguś na wprost, patrząc raz na wuja, raz na zbierające się za oknem chmury.
Tu trzeba dodać, że pan Bogdan pijał zdecydowanie "na smutno". Pogarszająca się pogoda potrafiła tak bardzo go dosmucić, że aż mu się żyć odechciewało. Rok temu, tak mniej więcej o tej samej porze, patrząc w niebo wpakował sobie w pijanym zwidzie w brzuch nóż kuchenny, aż po samą rękojeść. Mężczyzna wyzdrowiał, lecz humor mu się nie poprawił.
◊
W podobnie pieskim nastroju pił też i tym razem. - Niedługo będzie znów zima, trzeba będzie palić w piecu, jakiś węgiel zamiast nalewki trzeba będzie kupić... - wymieniał powoli wuj, a panu Bogusiowi znów żyć się odechciewało.
Podczas, gdy wuj kontynuował listę niedogodności, jaki niesie za sobą zmiana pory roku, Bogdan W. podszedł do okna i wypatrzywszy tam solidny hak do wieszania karnisza, zawiązał na nim swój pasek od spodni, zrobił w nim pętlę i wsadził w nią głowę.
Wuj kontynuował rozmowę popijając, a Boguś, obsunąwszy się w dół z krzesła, zawisł na tym pasku.
Wuj mówił i mówił. Czasem nasłuchiwał, czy aby Boguś czegoś nie wtrąca, ale nie słysząc jego słów lub sądząc, że coś tam słyszy, mówił dalej.
◊
Rozmawiał tak z wiszącym Bogusiem przez całe dwa dni. Przysypiał nieco, nalewał i gadał dalej.
Wreszcie zaniepokojony brakiem odpowiedzi odwrócił się wreszcie ku oknu i zobaczył wiszącego Bogusia. Miał sino-zieloną twarz i z całą pewnością już nie żył.
Zerwał się tedy wuj, chwycił za nóż i wspiął z nim na krzesło. Odciął biedaka, którego bezwładne ciało upadło na podłogę, tłukąc przy tym szybę. Całkiem bezsensownie, jakby dla zatarcia śladów, obcięty pasek wyrzucił przez okno na podwórze i dopiero potem ruszył po pomoc.
Przybyli lekarz, policja i pani prokurator. Tą ostatnią zaintrygowała plama krwi na parapecie. Przez jakiś czas zastanawiała się nad udziałem wuja w śmierci pana Bogdana. Ostatecznie po przesłuchaniu ustalono, iż nie miał on ze śmiercią wiele wspólnego, jeśli zapomnieć o tym, że jej nie zapobiegł. On sam twierdził, że przez dugi czas tkwił w przekonaniu, że Boguś gdzieś tam trzeźwieje i bawił go rozmową. Nawet nie przypuszczał, że przez dwa dni mówił do nieboszczyka.
Niegdyś w pałacach mieszkali krzewiciele kultury narodowej. Dzisiaj nierzadko jest wręcz odwrotnie. Jak będzie w przyszłości? Tego pan Bogdan już się nie dowie. Pozostała po nim tylko marna pamięć i stara, schorowana matka.
|